Hennessy

Chcemy być pewni, że nasze produkty są konsumowane w odpowiedzialny sposób. Prosimy o potwierdzenie, że jesteś pełnoletni zanim wejdziesz na stronę.

Sztuka ulicy zawsze będzie dla mnie ważna - wywiad z O.S.T.R

1 min Never stop. never settle.

Adam, jak to jest otrzymać kolejną platynową płytę?

Ja za bardzo nie interesuję się sprzedażą, to jest bardzo miłe, ale nie nagrywam płyt, żeby myśleć o sprzedaży. Nagrywam płyty, bo po prostu kocham to, co robię. Uważam to za najpiękniejszy zawód na świecie, za zaszczyt, że mogę docierać do ludzi, że w ogóle ktoś chce słuchać mojej muzyki. Bardzo to szanuję i mam wobec tego wielką pokorę. Czasy się dosyć mocno zmieniły. Kiedyś liczby złotych i platynowych płyt były dużo wyższe, trzeba się było wykazać sprzedażą, wtedy ludzie chyba faktycznie zwracali na to większą uwagę i było to jakimś wyznacznikiem popularności artysty. Dzisiaj takich wyznaczników jest wiele i niekoniecznie musi to być sprzedaż. Zarapowałem kiedyś, że złota płyta to jest dziś wyróżnienie jak “pracownik miesiąca” i cały czas podtrzymuję swoje stanowisko. Ale trzeba też zauważyć, że media społecznościowe i portale streamujące muzykę są dziś na zupełnie innym poziomie. Płacisz abonament miesięczny w niewielkiej kwocie i masz dostęp do muzyki świata. 

Tym bardziej w takich czasach, gdy muzyka jest łatwo dostępna, to musi być satysfakcja?

Oczywiście, jakakolwiek złota czy platynowa płyta jest bardzo miła i człowiek czuje się doceniony jako artysta, ale to nie jest mój główny cel twórczości. Moim głównym celem komponowania płyt jest zaspokajanie ambicji twórczej, a nie ambicji marketingowej.

Twoja kariera muzyczna to praktycznie nowa płyta każdego roku. Do tego projekty poboczne z innymi artystami. Czy Ty się czasem zatrzymujesz? Skąd bierzesz inspiracje? Jak to się dzieje, że nie brakuje Ci pomysłów na nowe aranżacje i kawałki?

Staram się… Przyrównam to do grania w Counter-Strike’a. Niektórzy ludzie nie potrafią bez tego żyć, ja nie potrafię egzystować bez nagrywania płyt i muzyki, to wszystko przychodzi naturalnie. Czerpię inspirację z mojego życia, z wydarzeń które miały miejsce. Z wielu bodźców zewnętrznych, z rozmów z przyjaciółmi, z rozmów z moją żoną, spostrzeżeń dzieci. Płyty są dla mnie swego rodzaju pamiętnikiem. Spisuję swoje życie w taki, a nie inny sposób, za pomocą rymów, za pomocą dźwięków. To przywołuje we mnie wspomnienia. Płyty nagrywam przede wszystkim dla siebie i dla fanów, którzy chcą ich słuchać. Bardzo doceniam energię i miłość, która płynie od ludzi w ramach wdzięczności, docenienia tego, co robię. Jest to bardzo miłe, ale głównie to jest mój pamiętnik, którym chcę się dzielić z innymi, forma artystycznej wypowiedzi. Ludzie, którzy chodzą na moje koncerty i kupują moje płyty, są dla mnie przyjaciółmi. Spędzam z nimi naprawdę dużo czasu. I nawet jeśli to jest forma płyty, to oni są w stanie dobrze mnie poznać przez te kawałki.

kolaz2

To jest jakaś forma rozmowy, prawda?

Tak, ja wyznaję zasadę real talk, czyli prawdziwość przede wszystkim. Nie stawiam na wizerunek, ponieważ mój wizerunek to jestem ja. To nie jest kreowanie siebie na kogoś. To po prostu ja: Adam Ostrowski. Zawsze tak było. Jeżeli porównasz to, co działo się w 1999 roku, kiedy mogłem wydać płytę z Obozem TA, czy w 2001 roku, kiedy wyszło “Masz to jak w banku”, czy w 2018 roku, kiedy mamy “W drodze po szczęście”, to cały czas widzisz ten sam mianownik, że to jestem ja. Nie zmieniło się dużo, no wiadomo jestem starszy, brzydszy, trochę mniej włosów, ale cały czas jestem sobą. Nie gram nikogo, nie zagrywam pod publikę. Albo mnie lubisz albo nienawidzisz. Prosta zasada. Nie mam zamiaru pukać od drzwi do drzwi i prosić się o uwielbienie. Albo zachęcać, żeby ktoś kupował moje płyty. Nie można kogoś zmuszać, żeby cię polubił. Jeżeli ktoś jest cię w stanie poznać - a staram się żeby tak było dzięki płytom - jeżeli ktoś mnie takiego toleruje, jestem szczęśliwy. Ale jeśli ktoś mnie nie akceptuje, to nie mam zamiaru niczego zmieniać. Na koniec dnia najważniejsze jest dla mnie zdanie mojej żony i dzieci. Czy jestem dobrym ojcem i mężem.

Czujesz czasami w trakcie procesu twórczego, że jesteś w ślepej uliczce, w którą nie chciałeś wejść, że musisz się wycofać?

Nie. Dzięki bogu rodzice wybrali mi szkołę muzyczną, gdzie przez prawie 20 lat edukacji nauczyłem się rozsądnie podejmować decyzje i przede wszystkim nauczyłem się metod przekładania tego, co gra w sercu, na melodię dźwięków i tekstu. Dzięki temu wiem, że nie jest sztuką nagrywanie płyty on fire - czyli liczenie na to, co przyniesie chwila. Ja do tego podchodzę bardziej zdroworozsądkowo. Staram się zrozumieć to, co lubię. Staram się wybrać z moich zainteresowań elementy, którymi mogę wzbogacić moją twórczość, ale nigdy nie kieruję się żadnymi trendami, ani tym, co ludzie mogliby chcieć usłyszeć ode mnie. Wolę kierować się sercem i rozsądkiem, że jeśli na coś się zdecyduję, to nie ma zmieniania planów w połowie. Nie po to się uczyłem przez 20 lat robienia muzyki, żeby robić ją w ciemno i bez zachowania zasad logiki.

Wyznaję zasadę real talk, czyli prawdziwość przede wszystkim. Nie stawiam na wizerunek, ponieważ mój wizerunek to jestem ja.

Edukacja muzyczna daje ci pewną przewagę...

Oczywiście, nikt nikomu nie zabrania się kształcić. Tak samo nade mną mają przewagę ci, którzy na przykład skończyli prawo, historię albo prawo…

Albo socjologię...

Socjologia jest super kierunkiem jeśli chodzi o hip-hop. Filozofia tak samo.

A masz jakiegoś ulubionego poetę?

Wojaczka. Ale nie traktuję tego jako inspiracji bezpośredniej, uwielbiam jego sposób dobierania słów. Uwielbiam jego tęsknotę za wolnością, rodzaj buntu młodego człowieka. Ogólnie lubię poetów socjalizmu, tych zbuntowanych. Ich poezja często rozchodziła się w podziemiu. Ich tomiki nie były drukowane, a wszyscy te wiersze znali.

Kto Cię dzisiaj w muzyce hip-hopowej inspiruje? Są tacy artyści?

Ja praktycznie nie słucham hip-hopu, bardzo mało. W zasadzie tylko żeby sprawdzić co się dzieje. Mam kilku ulubionych wykonawców ze Stanów, z młodej szkoły. Najbardziej lubię chyba Kendricka Lamara, ale też nie staram się jakoś bardzo wzorować na nim. Dla mnie podstawową zaletą hip-hopu, który wykreował mnie, i który też staram się samemu nagrywać, jest to, że on jest polski. Dlatego staram się zachowywać wszelkie kryteria naszej kultury i polskich obyczajów, nie przenosić zwyczajów ze Stanów. Zwłaszcza, że one są kulturowo bardzo odległe. Ja nie muszę udowadniać swojej inteligencji nosząc złote łańcuchy i jeżdżąc w teledysku Ferrari albo Lamborghini, to w żaden sposób nie zmienia mojej pozycji jako człowieka. Jestem z tego pokolenia, gdzie fajność osobowości i bycie lubianym, nie zależały od grubości portfela, czy markowych ciuchów. Wiadomo, wszyscy lubimy dobrze wyglądać i to jest normalne. Ale człowiek z klasą będzie dobrze wyglądał nawet w ciuchach z second handu, a człowiek bez klasy, nawet jak sobie kupi ciuchy za dziesiątki tysięcy złotych, dalej tej klasy nie będzie mieć. To intelekt zdobi człowieka, a nie ciuchy.

A w innych gatunkach muzycznych? Na co zwracasz największą uwagę u muzyków?

Bardzo podziwiam takiego człowieka z Kalifornii, który się nazywa Prozak Morris. Podziwiam Arctic Monkeys, podziwiam Justice z Francji, podziwiam Skrillexa. Czy twórców muzyki popularnej, takich jak Diplo, który potrafi się odnaleźć w różnych produkcjach i zaczynał od hip-hopu, przez grime’y, przez ciężką muzykę elektroniczną, przez Jack Ü, aż do współpracy z Justinem Bieberem. Ostatnio, przy okazji Super Bowl, obejrzeliśmy z moją żoną halftime show Justina Timberlake’a i też zrobił na mnie duże wrażenie. Uważam, że to mega utalentowany człowiek, który potrafi zrobić niezwykłe show. Do tego ma niesamowity głos, potrafi dobrze tańczyć, ma zmysł do tworzenia super muzyki, potrafi trafnie dobierać producentów - mówię tu na przykład o współpracy z Timbalandem, The Neptunes czy Pharellem Williamsem, którego zresztą też bardzo szanuję. Może mniej lubię jako osobowość Kanye West’a, ale jako twórcę go cenię. To są ludzie, którzy nie boją się robić kroku naprzód - obojętnie czy istnieje jakaś krytyka czy nie. To jest bliskie mi podejście do tworzenia muzyki. Ja też zawsze starałem się iść pod prąd, robić swoje. Nie cierpiałem na brak odwagi. Wydaje mi się, że to jest jedyna słuszna droga. Twórców można podzielić na przewodników i followersów. Nie byłoby niczym skomplikowanym robić w Polsce trapy i kopiować wszystko, co przychodzi ze Stanów, ale to byłoby po prostu zbyt proste.

DSC_9106-Edit

W szukaniu nowych rozwiązań i ścieżek muzycznych pomaga współpraca z innymi artystami? Czerpanie z innych gatunków? Jaki to ma wpływ na Twoją muzykę?

Ja głównie pracowałem z ludźmi ze Stanów. To było spełnienie moich marzeń z dzieciństwa. Jarałem się Keithem Murrayem, Sadat X, moja twórczość dorasta razem z twórczością Dilated Peoples. Podziwiałem zawsze Marco Polo jako producenta. To zawsze moim zdaniem był nowy DJ Premier, zresztą taką ma opinię i to, z jakimi raperami nagrywał, jest dla mnie nobilitacją. Dostąpiłem wielkiego zaszczytu, że mogłem z nim nagrać płyty.

Jesteś świetnym producentem. Jak to jest z Twojego punktu widzenia pomagać innym tworzyć muzykę?

Słucham artysty, czego on oczekuje od muzyki i staram się spełnić jego wymagania. My jako trio producenckie Killing Skills wychodzimy naprzeciw danego twórcy i jednocześnie staramy się oczywiście przemycić nasz styl, bo to jest nieodłączny element naszej kompozycji i pojmowania muzyki.

Artysta też chyba nie przez przypadek przychodzi akurat do Was. Tego stylu oczekuje.

Tak, tak, ale różnica między współpracą z ludźmi z zagranicy, a w Polsce jest bardzo duża. U nas to się zwykle odbywa na jeden z dwóch sposobów. Pierwszy jest taki, że twórcy w Polsce często przychodzą do ciebie, puszczają kawałek i mówią: chcielibyśmy taki beat. Bo uznają, że my jesteśmy w stanie taki beat wyprodukować. I rzecz jasna, tak robimy. Oczywiście jeżeli nie kłóci się to z naszym sposobem pojmowania muzyki. A drugie podejście jest takie: zróbmy coś takiego, bo tego w Polsce jeszcze nie było. Ja nie lubię takich rzeczy robić. Ja nie chcę produkować tego, czego w Polsce nie było, ja chcę produkować to, czego nie było na świecie. Jeżeli ktoś ci daje chociaż jakiś wzór, którym masz się zainspirować, to jednak możesz to zrobić na świeżo, twórczo przekształcić, nałożyć na to swój sposób rozumienia muzyki. Ale jeżeli ktoś daje ci konkretny plan, zróbmy to, bo tego jeszcze w Polsce nie było, to przepraszam, muzyka od dawna jest językiem międzynarodowym. Może to są trochę kompleksy, podparcie się sprawdzonym patentem, żeby odnieść sukces czy korzyści materialne. Nie lubię takich rzeczy robić. W ogóle nie lubię tego sformułowania: zróbmy to, bo tego jeszcze w Polsce nie było. Ale z drugiej strony często spotykam się też z ludźmi, którzy mówią: wymyśl coś, mam pełne zaufanie do ciebie, róbmy. Poza tym jest jeszcze jedna ważna rzecz dla mnie. Ktoś nie musi być najlepszym raperem, czy najlepszym wokalistą, być najbardziej utalentowanym gościem, z którym pracowałem. Dla mnie najistotniejsze jest, żeby był dobrym człowiekiem, osobą godną zaufania.

Ja nie chcę produkować tego, czego w Polsce nie było, ja chcę produkować to, czego nie było na świecie.

To jest taki artysta, którego akceptujesz w 100 procentach?

Na człowieczeństwo się pracuje całe życie, nie kupisz go w sklepie czy u producenta. To wymaga dużo więcej poświęcenia, niż bycie dobrym raperem czy muzykiem. Znam setki ludzi, którzy robią dobrą muzykę, ale nie znam ani jednej osoby, z której muzyka zrobiłaby zajebistego gościa.

Lubisz zaskakiwać, ale nie zapominasz też o źródłach. Sporo w Twojej twórczości jazzu. Czy to pokłosie twojego klasycznego wykształcenia muzycznego?

Jeżeli muzyka klasyczna jest matką muzyki rozrywkowej, tak ojcem muzyki rozrywkowej jest jazz. A dziadkiem tejże muzyki, można tak powiedzieć, jest barok. Jakbyś inaczej zrytmizował akordy, które były wykorzytywane przez Bacha, to jest to chyba najłatwiejszy materiał do tego żeby zrobić z tego jazz. Wystarczy tylko zagrać to w innym rytmie, lekko swingując, i masz jazz. Zresztą dla mnie dziadkiem disco jest Mozart, który prowadził jedną melodię główną. Nie oszukujmy się, wówczas to była muzyka do zabawy (nie mówimy o Requiem). Muzyka od dawien dawna pełniła rolę relaksacyjną, służyła medytacji, wierze, spotkaniom przy zastawionym stole. Dla mnie nie ma czegoś takiego jak muzyka nierozrywkowa. Rzecz w tym, że może trochę środowisko muzyki klasycznej sprawiło, że ta muzyka jest taka wyniosła. Wiesz, jak ktoś idzie do kina, to często jest zafascynowany ścieżką dźwiękową, która towarzyszy obrazowi - nie raz stworzył ją Hans Zimmer [śmiech] - a przecież to jest muzyka klasyczna, która służy rozrywce. Wracamy potem do tej ścieżki muzycznej i słuchamy jej dla relaksu.

Daleko nie sięgając, Michał Urbaniak, z którym nie raz pracowałeś, pisze świetną muzykę filmową...

Tak, doskonały muzyk, jeden z najbardziej wybitnych polskich jazzmanów.

DSC05467-Edit

A w jazzie, pociąga Cię freestyle, improwizacja? Z tego jesteś przecież znany.

Pierwszy raz spotkałem się ze stwierdzeniem improwizacja, jak miałem 5 lat, grając koncert Riedinga, to łatwy utwór, którego uczą się dzieciaki. I tu pojawia się pojęcie kadencji, czyli wariacji na temat motywów muzycznych, które są w pierwszej części koncertu. Wśród najlepszych skrzypków był zwyczaj, że oni wplatali tam element improwizacji. Mistrzem w takim podejściu był Paganini. Ja zawsze byłem zafascynowany tym tematem. Moja mama, która jest zresztą profesorem zwyczajnym w dziedzinie improwizacji fortepianowej, widząc moje zainteresowanie, od dziecka tłumaczyła mi zasady improwizacji muzycznej. Co to znaczy rozwinięcie tematu, zachowanie formy itd. Było to tak skomplikowane i tak trudne, i tak bardzo chciałem się tego nauczyć, że zamiast ćwiczyć do szkoły swoje utwory na egzaminy, zamykałam się w klasach ćwiczeniowych i zamiast grać to, co powinienem, starałem się grać jazz, improwizować.

Czyli już wtedy leciałeś freestylem...

Tak, stąd się to wzięło! I to szło mniej więcej równolegle z moją nową zajawką muzyczną. Jak miałem 10 lat to po raz pierwszy usłyszałem hip-hop. To, co mi się najbardziej podobało w tej muzyce, to że te najciekawsze partie z jazzu były zapętlone, do tego nikt nie śpiewał, tylko goście nawijali. A ponieważ mieli niebywały luz, to wtedy wydawało mi się to takie proste i oczywiste. Nie podejrzewałem, że oni to napisali wcześniej. Myślałem, że poleciał beat i sobie po prostu nawinęli tekst. Byłem przekonany, że to freestyle. Więc u mnie się to wszystko od tego zaczęło. Freestylowałem, układałem proste rymowaniki o nauczycielach, o kolegach z klasy, czym czasami doprowadzałem do furii wychowawców. Potem jak byłem odrobinę starszy, jak miałem 12-13 lat, to mój dobry przyjaciel Seweryn Sadura - to był wówczas mój nauczyciel angielskiego, który miał 19-20 lat i był na pierwszym roku studiów, więc ta różnica wieku nie była jakaś ogromna - zauważył, że ja uwielbiam hip-hop. I w ten sposób uczył mnie angielskiego. Ja przynosiłem kasety Dr.Dre, N.W.A… Nigdy nie zapomnę, jak podrzuciłem mu “Straight Outta Compton”, gdzie drugi kawałek to było “Fuck tha Police”. Siedzimy a on z taką poważną miną: Adam, nie wiem czy twoja mama na pewno chce, żebym ci tłumaczył ten numer i żebyśmy się uczyli zwrotów z tego kawałka, wiesz on jest jakby to powiedzieć… pieprzyć policję. To było mega śmieszne, super to wspominam [śmiech]. Seweryn miał do mnie świetne podejście.

Edukacja przez hip-hop...

Tak, dokładnie. Pamiętam jak w 94 roku wyszedł “Illmatic” Nasa, każdy, kto cenił hip-hop, był w tej płycie zakochany. Tak samo jak byliśmy zakochani w “Insomni” Ericka Sermona, który po wielkiej kłótni z Parrishem i rozpadzie EPMD, najpierw stworzył bodajże The Green Eye Bandit. Potem następna płyta dzięki, której poznałem Keith Murray, Redmana, którego przez bardzo długi okres czasu uważałem za najlepszego rapera jakiego usłyszałem w życiu. To były niesamowite czasy i też fajnie się było uczyć angielskiego z tych płyt. Seweryn też niektórych rzeczy nie wiedział, więc przy okazji również się uczył. Zresztą on mi wytłumaczył, że to są napisane, przemyślane rzeczy, że z każdej części Stanów jest inny akcent, slang, że jemu jest najbliższy ten nowojorski. Jak pojawił się rap z Houston, on połowy rzeczy nie rozumiał, albo rozumiał, ale nie wiedział jak to przetłumaczyć [śmiech]. To było super. Dzięki niemu jak wyjeżdżałem do swojej rodziny w Kanadzie do pracy, to coś w tym angielskim potrafiłem już powiedzieć.

Ile miałeś wtedy lat?

14-15 lat, to był taki cięższy okres rodzinny. Wyjechałem dzięki cioci Ani, siostrze mojej mamy i wujkowi Piotrkowi, mojemu ojcu chrzestnemu, który ma pseudonim Lenin, bo jest kropka w kropkę jak wódz rewolucji. To jest niesamowity człowiek, mój bohater, niezwykła postać. Czuję z nim więź porozumienia. On mnie bardzo mocno rozumie, a ja jego. On się nigdy nie dał w życiu nikomu podporządkować, zawsze robił to, co chciał. Jak dostał powołanie do wojska w PRL-u to powiedział, że nie będzie służył ludziom, którzy katują jego rodzinę i wyemigrował. Przedostał się do Szwajcarii, a stamtąd do Kanady. I tam od nowa musiał robić studia na Politechnice, bo nie chcieli jego dyplomu zza żelaznej kurtyny uznać. I on te studia zrobił od początku, jeszcze raz. Jest wynalazcą, świetnym inżynierem, ma niesamowite pomysły. To jest gość, do którego mam olbrzymi szacunek. Po prostu mój bohater. Za komuny zawsze było: “moja ciocia i mój wujek z Kanady…” [śmiech]

A udawało Ci się w paczce od rodziny jakieś dobre płyty zamówić?

Nie było szans, my byliśmy inwigilowani, rodzice mocno byli zaangażowani w Solidarność, tata redagował jakieś gazetki. Ogólnie nie było listu, który nie przyszedłby pocięty, bez śladów sprawdzania. Od zawsze w mojej rodzinie się mówiło, że jesteśmy w czarnej księdze w Pałacu Mostowskich (przyp. red. - w PRL mieściła się tam siedziba Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej, dokonywano przesłuchań opozycjonistów). Nie raz było ZOMO w domu. Miałem dzielnych rodziców, co tu dużo mówić. W rodzinie zawsze miałem duże tradycje patriotyczne, moi krewni byli Cichociemnymi, Żołnierzami Wyklętymi. Jestem wielkim patriotą. Zdaje sobie sprawę, że moim obowiązkiem jest kultywowanie rodzinnych tradycji, jestem Polakiem i jestem dumny z naszej kultury. Denerwuje mnie, że nasza kultura i historia jest nie do końca szanowana, że ulega przekłamaniu. Uważam, że każdy z nas, bez względu czy ma poglądy prawicowe, lewicowe czy liberalne, nie jest zwolniony z obowiązku bycia patriotą. Bo nim można być bez względu na poglądy. I trzeba rozgraniczyć gdzie poglądy polityczne wykraczają poza dobro ojczyzny. Nie można stawiać swojej prawicowości czy lewicowości ponad patriotyzm. Ten kraj jest piękny. Jest wywalczony krwią naszych dziadków i my jesteśmy po prostu zwyczajnie im ten szacunek dłużni. Oni walczyli o to, żebyśmy mogli teraz tutaj sobie usiąść w centrum Warszawy i swobodnie porozmawiać. Moja babcia i dziadek walczyli zresztą w Powstaniu Warszawskim.

DSC05444-Edit

Jesteś znany z wykorzystywania żywych instrumentów podczas koncertów, ostatnio wielkim sukcesem okazała się trasa „Autentycznie” i płyta MTV Unplugged. Czym różnią się dla Ciebie koncerty z zespołem muzycznym od tradycyjnych występów hip-hopowych?

Wszystko zależy jaki mamy zestaw instrumentów. Czy gramy unplugged czy elektrycznie. W tej pierwszej wersji jesteś “na widelcu”, grasz w teatrach, więc ludzie są skupieni, słyszą każde twoje słowo, przejęzyczenie. Każda pomyłka jest odnotowana. Inaczej jest kiedy grasz w klubie, jest głośna muzyka, panuje klimat imprezy. Jest mniejszy ciężar emocjonalny dla psychiki artysty. W wersji unplugged musisz być jednak bardziej skupiony przed koncertem, mocno przeanalizować wszystko. Poza tym nabierasz doświadczenia grając dany materiał. Na przykład grając płytę “Życie po śmierci” z żywymi instrumentami, musieliśmy się zgrać. To wymagało dużo więcej prób, czasu i notabene nosiło znamiona większych wymagań artystycznych.

Twoje płyty od lat słyną z ciekawej oprawy graficznej - wystarczy wymienić chociażby długoletnią współpracę z Pawłem Fabjańskim czy Grzegorzem Piwnickim „Forinem”. W oprawie albumów pojawiały się też motywy komiksowe. Jak inspiruje Cię street art i popkultura?

Bardzo mocno czuję się z nimi związany. Hip-hop to jest kultura, która zawsze eksponowała sztukę ulicy: rap - poezja uliczna, beatmaking - tworzenie ulicznej muzyki, graffiti - malarstwo uliczne, breakdance - uliczny taniec, DJing -instrumenty ulicy. Staram się, żeby te płyty łączyły w sobie te wszystkie elementy. Dzisiaj jest wiele rzeczy zaniedbywanych przez nowe trendy. W kawałkach trapowych i w newschoolowych w ogóle ciężko usłyszeć DJ-a. Ostatnio spotkałem się z “mądrym” stwierdzeniem, że najlepszy DJ to taki, który w ogóle nie scratchuje na koncertach... Takie stwierdzenie to dla mnie mocny kandydat na bzdurę życia. To jest tak samo jakbym powiedział, że najlepszy malarz to ten, który używa jak najmniej pędzli, albo maluje jednym kolorem… [śmiech] Moda, modą, ale sztuka ulicy zawsze będzie przeze mnie doceniana.

Zresztą wkracza na salony…

Tak, dzięki takim ludziom jak chociażby Banksy czy wielu, wielu innym niesamowitym streetartowcom, to się powoli zmienia.

No i jest jeszcze marka odzieżowa Tabasko, którą współtworzysz wspólnie z Kochanem. Na co szczególnie zwracacie uwagę, tworząc kolekcję swoich ubrań? To jest przecież też mega istotny element kultury hip-hopowej.

Jeżeli chodzi o same ubrania, to jest to jednak firma Kochana i Gusta, moich przyjaciół. Ja, jako pomysłodawca nazwy i osoba, która bardzo się z tą firmą utożsamia, noszę te rzeczy, ponieważ reprezentuję swoich ludzi. Zdaję sobie sprawę, że nikt z nas nie jest wyjątkowym grafikiem i często posiłkujemy się u specjalistów. Ale firma się rozwija, ja trzymam za chłopaków kciuki. Nigdy nie przyświecało nam zarobkowe podejście. Od zawsze chcieliśmy robić ciuchy, w jakich sami chcielibyśmy chodzić, no i ciuchy dla naszych przyjaciół. Ktoś z naszych kumpli powie: fajnie jakbyście zrobili coś takiego, ale bym nosił taką koszulkę - no i to się dzieje, chłopaki robią tę koszulkę. Jeżeli ja mam fazę na małe logotypy, to dostaje koszulkę z małymi logotypami. Napisałem kawałek Alcatraz, od razu chłopaki zrobili dla mnie koszulkę, żebym mógł na nową trasę założyć. To trochę tak jak muzyka, którą tworzę jest moim pamiętnikiem, tak ubrania, które chłopaki robią, pokazują jak zmienia się nasze poczucie estetyki streetwearowej. To nie są krzykliwe rzeczy. Zostaliśmy wychowani w czasach, gdy rodzice nauczyli nas pokory, skromności i szacunku do ludzi. I dopóki ktoś nie okaże braku szacunku, nigdy nie ma podstaw, żeby tej osoby nie szanować. Nigdy nie podchodzimy do kogoś, że ktoś jest intruzem. Kredyt zaufania ma każdy, dopóki sam go nie straci.

Moda, modą, ale sztuka ulicy zawsze będzie przeze mnie doceniana.

Pewnie nie raz słyszałeś, że masz ciekawą barwę głosu, szczególnie od pań. Myślałeś o tym, żeby na poważnie zająć się dubbingiem? Kiedyś użyczałeś głosu do animacji “Ziomek”,  ostatnio do gry „Need for speed”. To początek obiecującej kariery czy jednorazowe projekty?

To są takie zajawki. Ogólnie oglądam bardzo dużo kreskówek, gram w bardzo dużo gier, więc to była fajna przygoda. Współpraca z twórcami gier jest dla mnie czymś super. Ja sobie zdaję sprawę, że nie mam zaplecza aktorskiego, że nigdy nie zostanę profesjonalnym dubbingowcem, ale jak ktoś uważa, że się w tym sprawdziłem i komuś się to podoba, to jest mi bardzo miło. 

Dzieciaki pewnie mają frajdę...

Nie wiem, nie jestem nawet tego w stanie powiedzieć. Nie mogę  sobie wyobrazić, że ktoś ma frajdę słuchając O.S.T.R.-ego. W ogóle nie myślę w tych kategoriach. Jestem daleki od jakiegokolwiek narcystycznego podejścia w tej sprawie. Zrobiłem to z egoistycznych pobudek, ale potem jak grałem w tę grę to słyszałem siebie i bardzo mnie to rozpraszało, nie mogę się słuchać po prostu. [śmiech]

kolaz1

Wszyscy znamy Twoją historię zdrowotną. Powiedz, jak wpłynęła ona na teksty, które zacząłeś tworzyć po wyjściu z choroby? Bo nie ma co ukrywać, że od ostatnich albumów warstwa liryczna ma bardziej osobisty wymiar.

Otrzeźwiająco. Ta historia wpłynęła na mnie otrzeźwiająco. To był moment, w którym z dziecka stałem się mężczyzną. Zwyczajnie. Zdałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny za moje dzieci, za moją żonę, za ich przyszłość i jakby nie patrzeć jestem głową rodziny. Mam teraz dużo większy szacunek do płyt, rozważnie dobieram słowa i tematy. Wszystko się zmieniło. Robię to celowo. Przejrzałem trochę na oczy. Jeżeli rap ma nieść tylko wartości materialne i narcystyczne, jakie w tym momencie niesie, że jesteś gość bo nosisz Gucci albo jeździsz takim, a takim samochodem, to ja jestem za stary, żeby mi ktoś takie kity wciskał. Mam zupełnie inne zdanie i wydaje mi się, że robię muzykę dla osób, których zainteresowania wykraczają poza sklep z markową odzieżą.    

Mam teraz dużo większy szacunek do płyt, rozważnie dobieram słowa i tematy. Wszystko się zmieniło. Robię to celowo. Przejrzałem trochę na oczy. Jeżeli rap ma nieść tylko wartości materialne i narcystyczne, jakie w tym momencie niesie, to ja jestem za stary, żeby mi ktoś takie kity wciskał.

Jaki był O.S.T.R. na początku kariery, a kim jest dzisiaj muzycznie. Pokusisz się o takie porównanie?

Nie da się ukryć, że takie traumatyczne przeżycia bardzo mocno wpływają na twoją dojrzałość, po prostu wyciągasz wnioski z walki o życie. Wiesz, że wykazałeś się odwagą i męstwem w tym, że nie dałeś się chorobie, że nie dałeś się śmierci. Ja uznaję cztery takie momenty w moim życiu, jako dowody mojego zwycięstwa nad słabościami. Pierwszy to jest zdecydowanie się na tak ważną rzecz jak obietnica małżeńska. Drugi bardzo ważny moment to są narodziny mojego pierwszego dziecka. Trzeci bardzo ważny moment to narodziny mojego drugiego dziecka. I czwarty - zwycięstwo nad śmiercią. Te cztery wydarzenia określają, że jestem pewien swojego charakteru, że nie poddaję się w ciężkich sytuacjach i jestem w stanie przeciwstawić się wszystkiemu. Że jeżeli dałem sobie radę w tych chwilach, które wymagały ode mnie poświęcenia na co dzień i walki ze słabościami - i ja potrafię z nimi walczyć - to znaczy, że mogę robić wszystko. To jest podstawowa rzecz. Tak się mówi, że mężczyzna powinien zasadzić drzewo, spłodzić syna, zbudować dom… mam to za sobą.

A gdybyśmy mieli się cofnąć teraz do 2001 roku i przypomnieć sobie występ w Prokadencji, który zapewnił Ci kontrakt na debiutancki album w Asfalcie, to pamiętasz o czym był tamten freestyle?

Nie, no co ty, nie pamiętam [śmiech]. Pamiętam, że się Marcin (“Tytus” Grabski - założyciel Asfalt records - przy. red.) mega zajarał tą historią. Dla mnie to było niesamowite, bo się z kolei jarałem Asfaltem, to była hip-hopowa wytwórnia. Ja nawet nie myślałem, że jestem w stanie wydać płytę, wierzyłem w to, że jestem dobrym raperem i producentem, ale nie brałem tego pod uwagę, to było dla mnie abstrakcją. Nie miałem żadnych znajomych, którzy mieli jakikolwiek związek z Asfaltem. Ja po prostu podbiłem do Marcina, dałem mu płytę  z tym freestylem. Wiesz, ja przyszedłem na imprezę Fisza bez zamiaru wejścia na scenę i freestylowania. Akurat się tak złożyło, że miałem taką okazję. Kto nie wykorzystuje momentów, kiedy jest wolny mikrofon i może sobie zarapować, nie może się nazwać raperem.

Wielkie dzięki Adam.

Dzięki.

Udostępnij